Wszyscy kochamy książki.

Ostatnio trochę nazbierało się tych książek, dawno nie było też żadnego postu, więc wypadałoby coś napisać. Ostatnio odkryłam, że zarwała mi się półka od ilości książek. 2 kołki z 3 wyszły ze ściany. A mówiłam, że regał mi potrzebny, a mówiłam. Ogólnie to już brakuje mi miejsca w pokoju. Książki są wszędzie.

Liceum jest bardzo… ciekawe. To zupełnie inny świat od gimnazjum, tutaj ludzie prezentują sobą jakąś kulturę. To nie jest już okres błazeństwa czy głupich żartów przeszkadzających nauczycielom w lekcji. Nauczyciel ma większy respekt. Chyba. Albo to tylko ja tak widzę. :)

I jedna, ostania, ważna kwestia dotycząca szkoły. Tak na nią narzekamy, że musimy do niej chodzić, a nie doceniamy tego, że możemy się uczyć. Uświadomiła mi w tym pani od angielskiego. Jakieś 100 lat temu miałabym już dziecko i pracę w jakimś zakładzie przemysłowym. Dzisiaj mam możliwość wyboru, kształcenia się i zdobywania wiedzy. Warto to czasem docenić.

Lecąc od góry:  1.”Coś do ukrycia” Dominique Barberis od Kalio, 2.”Eclipse” Meyer Stephenie okazja za 2 zł w ciuchlandzie, 3.„Opowieść o Niewidzialnym” Schmitt Eric dzisiejsza zdobycz z biblioteki, 4.„Morze Potworów” oraz 5.„Klątwa Tytana” Riordan’a, 6.”Kolacja z zabójcą” Marinina Aleksandra w końcu pierwszy tom, 7.”Koralina” Gaiman Neil piękna powieść, wygrana u Dominiki Anny, 8.„Misja Ambasadora” Canavan Trudi obowiązkowo, 9.”Wyspa ściętych Hiacyntów” wygrana u Kalio, 10„Digital Fortress” Brown Dan czytana dawno temu, upolowana za 2zł, 11.”Martwy dla świata” Harris Charlaine wygrana na Portalu Kryminalnym, 12.”Tysiąc dni w Wenecji” oraz 13.”Tysiąc dni w Toskanii” Blasi Marlena pożyczka od babci, 14.”Dziewczyny z Hex Hall” Hawkins Rachel kolejna książka od wydawnictwa, 15.”PS. Kocham Cię” Ahern Cecelia. I na końcu, chociaż nie najgorsze 16.”Byłam schizofreniczką”, 17.”Poganiacze chleba” oraz 18.„Kokaina” Rosiek Barbary.

Reklamy

Wyniki losowania!

Nie przedłużając tej chwili. Przypominam jedynie, że zwycięzca musi wysłać do mnie maila ze swoim adresem. Wydawnictwo wyśle do tej osoby książkę. Ja jestem tylko informatorem.

A więc. Sprawa wyglądała tak, że zgłosiło się 48 osób:

Po użyciu programu losującego zwycięzcą została:

Alina.

Mój mail znajduję się w zakładce: „O autorce”.

Gdybym lubiła i to, i to.

Po raz kolejny tłumaczyć swoją nieobecność to taka sprawa żenująca, ale ważna ze względu na dobre relacje między mną a Wami, moim drodzy czytelnicy. Nie opuszczam waszych wpisów dlatego, że mam „lenia”, lecz powodem jest brak szybkiego komputera. Mój laptop zacinał mi się co pięć minut, więc pozostawało mi tylko czytanie wpisów, a stacjonarny był w naprawie.

Poniekąd winę mogę zwalić też na moją rękę, której leczenie zakończyło się dzisiaj. Ogromnie się z tego ciesze, gdyż rekonwalescencja trwała 2 lata!

A trzecim powodem jest liceum, które będzie sporo czasu wymagać, niestety. Pierwsza klasa to pierwsze zapoznania z nauczycielami, którym trzeba ukazać się z jak najlepszej strony. Pierwsze wrażenie zostaje w pamięci na zawsze, a nie chciałabym wyjść na lenia. :)

W między czasie dostałam dwa zaproszenia do zabawy. Odpowiem na razie na jedno, bo z nim nie mam problemu, to drugie sprawia mi duży kłopot.

10 rzeczy, które lubię:

1. Sproketa – czyli mojego owczarka niemieckiego, którego kocham nad życie, bardziej niż kiedykolwiek kogoś innego.
2. Czytać – a to niespodzianka, prawda? Książki zbieram, kupuję, poczytuje, pożeram. To taki mój „mały” nałóg.
3. Podróżować – zwiedzenia i odwiedzania to jedno z największych marzeń mojego życia. Dla mnie każde miejsce ma coś w sobie i warto je zobaczyć. Każde miejsce jest piękne i czarujące.
4. Żużel – uwielbiam czuć ten swąd palonej gumy, słyszeć ryk maszyn, drżeć się wniebogłosy dopingując moją drużynę i kocham te emocje.
5. Hokej – w połączeniu z jazdą na łyżwach, którą uprawiam od mniej więcej 8 roku życia. Lód to mój żywioł. :D
6. Filmy – wszelkiego rodzaju, po prostu uwielbiam oglądać dobre kino.
7. Nosić trampki – oznaczające nie tylko styl mojej muzyki, ale również bliskie mojemu sercu, wiążące tyle wspomnień.
8. Pisać – szczególnie recenzje, ale również wiersze, refleksje czy sentencje.
9. Wolność myśli – jaką mam zakodowaną w głowie. Nie boję się swojego zdania, swoich odczuć i przekonań. Lubię swoje refleksje i sposób myślenia.
10. A na koniec wszystko to, czego nie wymieniłam, a bardzo lubię/uwielbiam/kocham. :)

Na koniec trochę perełek z blogowego wyszukiwania:

  • super men goły
  • witryny na świecie seksu
  • oryginalny napis tweety
  • zmieszch rysunki
  • naznaczona kalio
  • piękne singielki
  • dlaczego jeśli ktoś chce umrzec
  • in vitro pożyczyłam
  • 2 klony uciekaja by poznac prawde

Konkurs nr 3 „Dziewczyny z Hex Hall”

Tak oto drodzy państwo do wylosowania jest książka „Dziewczyny z Hex Hall” Hawkins Rachel, widoczna na obrazku. Książka ufundowana przez Wydawnictwo Otwarte trafi do szczęśliwca, który do dnia 10 września zgłosi swój udział w konkursie. Książkę do szczęśliwca wyśle wydawnictwo, a sam wygrany nie będzie ponosił kosztów wysyłki. W konkursie mogą brać udział wszystkie osoby. Nawet takie, które nie posiadają bloga!

Konkurs rozpoczyna się dzisiaj, 3 września o godzinie 15:08, a kończy 10 września o godz. 21:00. Jedynym warunkiem przystąpienia do konkursu jest wpisanie się w komentarzu pod tym postem. Zgłoszenia zostaną zaliczone tylko do godziny 21. Ustępstw nie przewiduje. A więc do dzieła!

„Dziewczyny z Hex Hall”, Hawkins Rachel

wydawnictwo: Otwarte
język oryginału: angielski
stron: 304
ocena ogólna: 4,5/6
ocena wciągnięcia: 5/6

Książka Rachel Hawkins to dla mnie jedno z ciekawszych odkryć w tym roku. Choć nieporównywalna do Murakamiego, Sapkowskiego czy Canavan odkryciem jest. Hawkins to mistrzyni dobrego humoru w młodzieżowej powieści. Sam kształt, jaki nadała Dziewczynom z Hex Hall, sprawił, że czytało się tę powieść tak przyjemnie i miło.

O magii mogłabym czytać i czytać, bo to taki temat bez dna. Jednak, nie przeczytam też byle czego. Nie chciałabym, aby mój ukochany temat został przeze mnie znienawidzony, tak jak kiedyś wampiry. I chociaż to książka do recenzji, chociaż mogłam rzucić ją w kąt, tudzież nie przyjmować współpracy, podjęłam się i … nie żałuję ani minuty spędzonej przy tej książce. Odprężyłam się, poczytałam o losach niesfornej, ale dającej się lubić pannie, która wiecznie wpada w tarapaty. Taka bohaterka da się lubić i nie denerwuje nas przy każdej stronie, jak porządną bohaterkę dopingowałam ją przy jej planach, przy odkrywaniu tajemnic czy też denerwowałam się, kiedy ktoś był nie do zniesienia.

Sophie Mercer to bohaterka wiecznie wpadająca w kłopoty. Ciąży na niej genetyczne obciążenie, że tak jak jej babki Sophie stanie się zła. Jej tata nie ułatwia w nowej (szkole początku, będąc tym, kim jest. Przed Sophią rysują się sytuacje, z którymi będzie musiała radzić sobie sama. Nie może liczyć na nikogo, kiedy w grę wchodzi ocalenie przyjaciółki oraz odkrycie, czym tak naprawdę jest jej prababka, Alice…

Tym, co wyróżnia tę powieść na tle innych powiastek młodzieżowych jest humor.

„Dziewczyny z Hex Hall” są jedną z ciekawszych pozycji obecnego rynku książek dla młodzieży. Przezabawna, ciekawa i wciągająca. Zupełnie nowa, mroczna powieść dla nastolatek lubiących czuć dreszczyk emocji i wyczekiwanie z strony na stronę. Polecam!

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Otwarte.

Urlop

Do odwołania.

Z powodu operacji ręki, która nastąpiła w piątek zawieszam bloga. Nie jestem w stanie jedną ręką pisać tyle, ile pisałam, a nie chciałabym zaniedbać Waszych blogów króciutkimi komentarzami. Przepraszam.

„Kato-tata: Nie-pamiętnik”, Opfer Halszka

wydawnictwo: Czarna owca
język oryginału: polski
stron: 184
ocena ogólna: –
ocena wciągnięcia: –

„Kato-tata: Nie pamiętnik” to dawka 184 stron mocnej, bardzo mocnej nauki życia, życia brutalnego, niesprawiedliwego i okrutnego. 184 strony mocy hipnotyzującej i oburzającej. Te sto osiemdziesiąt cztery strony otworzą nam oczy tak szeroko, że nigdy nie wrócą do normalnego stanu.

Powieść jest na tyle mocna, gdyż do szpiku kości jest prawdziwa. Aż zastanawia fakt, jak autorka, pisząc, mogła wrócić do tak strasznych wspomnień. Jak bardzo musi być silna, mimo utraty kontroli nad własną psychiką. Aż dziw bierze, że była w stanie otworzyć przed sami swój umysł. Dlatego z mojej zasady moralnej nie decyduję się na żadną, jakąkolwiek ocenę w żadnej możliwej postaci. To jakby porównywać moje życie do życia Opfer Halszki. W tym porównaniu moje życie to bajka, które po przeczytaniu tej powieści doceniłam jak nie wiem co.

Czytając tę powieść człowiek ma nadzieję na jakiś happy end, cudowne wybawienie. Całe okrucieństwo zawarte w tej książce nie mieści się nam w głowach, a już tym bardziej niepojęty jest fakt, że życie przedstawione w tej książce dotyczy jednej, jedynej osoby – Halszki.

Mówi się, że słysząc wiele takich historii, nic nie może nas już zdziwić. Czyli, że jesteśmy już wyłączeni na takie zło? Traktujemy je, jak rutynę, codzienność? Mnie takie historie zawsze szokują, choćbym nie wiem ile podobnych słyszała. Nie jestem w stanie wpaść w przyzwyczajenie do taki rzeczy. Nadaję ludziom ‚dobre dusze’, bo sama nie potrafię kogoś skrzywdzić i wydaję mi się, że inni też nie potrafią. A jednak, czytając taką historię, dostaję po głowie. Mocno i boleśnie. Nie otrzepię się, bo takiego otrzeźwienia nie jest się w stanie pozbyć raz na zawsze.

“Dzieciństwo może różnie smakować; może być słodkie i przepyszne jak ciastko lub lody czekoladowe, może być niezbyt cukierkowe, ale „pożywne” jak kromka chleba z masłem, ale może też być jak garść gwoździ – ostre, zimne i nie do przełknięcia! (…)

Spotkanie z historią Halszki Opfer będzie inne dla tych, których dzieciństwo smakowało jak lody czekoladowe, którzy wzrastali w prawdziwym cieple domowego ogniska, czuli się kochani, bezpieczni, wartościowi. Tym „szczęśliwcom” opowieść przedstawiana w tej książce może pomóc zrozumieć dzieci krzywdzone, ich trudne i zaskakujące zachowania, ich uczucia i nastawienie do świata. “

Po lekturze nasuwają mi się refleksje, jak można do czegoś takiego dopuścić, jak można nie zauważyć krzywdy? A przede wszystkim, jaka matka może do czegoś takiego dopuścić? To niekończący się temat: chora przynależność do kata. Jeszcze ofiara się nad nim lituje i robi wszystko, aby katowi było dobrze. Matka autorki, chociaż bita, maltretowana to i tak broniła męża, kazała dzieciom przy każdej wizycie składać świeczkę na grobie ojca i nigdy, pod żadnym pozorem nie mówić obcym, o tym, co się działo. Zauważyć tu można fakt, jaki wynika z naszego życia stadnego. Wszystko zostaje w rodzinnie, rodzinie zawsze się przebacza i mimo wszystko nadal ufa. Jesteśmy w stanie, dla rodzinny, zrobić dużo więcej i przebaczyć większe krzywdy niż obcym ludziom. A przecież rodzina tak często nas mocno krzywdzi, a nadal jej ufamy. Niezbadane są ścieżki losu, a tym bardziej psychiki.

Polecam przeczytać artykuł GW pt. „MAMO, odkryj kołdrę”, gdzie Katarzyna Surmiak-Domańska rozmawia z Halszką Opfer. Wywiad jest idealnym wprowadzeniem w brutalny świat autorki.

„Afutā Dāku/Po zmierzchu”, Murakami Haruki

wydawnictwo: Muza S.A.
język oryginału: japoński
stron: 200
ocena ogólna: 4,5/6
ocena wciągnięcia: 4,5/6

Murakami ma w sobie coś takiego, że przyciąga do swoich książek pełne gamy ludzi, o bardzo odmiennych gustach, a mimo to, większość jest oczarowana jego powieściami. Podobna sprawa jest z „Po zmierzchu”, które przeczytałam jako pierwszą(dzięki wspaniałej recenzji Kalio)powieść tego autora. Oczarowana może nie jestem, ale mile zaskoczona zdecydowanie. Wiem też, że na tym spotkaniu nie skończy się moja znajomość z Murakamim.

Rzecz dzieje się w Tokio podczas pewnej nocy. Autor przydziela nam rolę obserwatorów, ale z pustym kontem wiedzy. Musimy się bacznie rozglądać, aby pozostać w centrum wydarzeń. Każdy z bohaterów ma jakieś tajemnice, które po części takie zostaną. Pozostajemy obserwatorami ich wyobcowania, życia, ale nie mamy wpływu na to, co będzie dalej. Książka ma formę refleksyjnej. Nie zamyka się na jednym skończonym wątku, ale pozostawia morze możliwości przed obserwatorami.

Pamięć to coś naprawdę dziwnego. Szufladki ma wypchane kompletnie nieprzydatnymi, bezsensownymi rzeczami. A człowiek zapomina jedną po drugiej te ważne, naprawdę potrzebne.

To, co przyciągnęło mi do książki to relacje siostrzane, Mari i Eri. Które z dzieci wyjdzie lepiej na „wychowaniu nadopiekuńczym”, a które „wychowajmy cię na porządnego człowieka”? Refleksja na temat będzie krótka. Żadne z dzieci nie wyjdzie lepiej. Te „nadopiekuńcze” nie będzie potrafiło sobie poradzić w życiu, zawsze będzie musiało pytać kogoś o zdanie, zanim samo podejmie decyzję. Będzie niezdecydowane i niepewne. Czasami jego zbytnia pewność siebie sprowadzi przykrości na własną osobę. Wychowywana bez jakiegoś specjalnego kierunku będzie głowiło się nad tym „Kim chcę być?”, „Co ja takiego potrafię”. Przeświadczone o własnej lepszości, dość kruche psychicznie. Zaś drugie, wychowane na porządnego człowieka i owszem, będzie silne, mocne, zaplanuje sobie całe życie, dopinając swego w każdej sprawie, jednak spragnione czułości, bliskości, odrobiny zauważenia. Żyjące zawsze w przeświadczeniu większej miłości ze strony rodziców do rodzeństwa. Takie dziecko też jest słabe psychicznie: niepewne siebie, nieakceptujące własnej osoby. Pod postacią maski „wszystko pod kontrolą” ukrywają własny ból i troski związane z okresem, który powinien być najmilej wspominany w życiu.

Ważną sprawą w tym kontekście są rodzice, którzy czasami chcąc dobrze czynią dziecku krzywdę. Chcą zapewnić swojemu dziecko to, czego nie mieli oni sami, czasem zamiast działać dobrze czynią tylko krzywdę. Trzeba zaznaczyć, że dziecko pod kloszem nadopiekuńczości rzadko w pełni się rozwija (w wybranym przez siebie kierunku), rodzice narzucają mu swoje zdania i plany, wiedząc lepiej, co jest dobre dla dziecka. Rzadkością jest przyznanie się do takiego błędu nie tylko przed dzieckiem, ale też przed samym sobą. Doskonałość nie istnieje, ale warto wychować drugiego człowieka tak, aby był samodzielną jednostką, potrafiącą decydować racjonalnie za samego siebie. Tworzenie kreatywnego dziecka na siłę też jest złe. I tu jest pies pogrzebany. Wychowywanie potomka to wcale nie taka prosta sprawa, to praca na pełen etat. Nie ma przerw, urlopów czy wyjazdów weekendowych.

„Brak wiadomości od Gurba”, Mendoza Eduardo

wydawnictwo: Znak
język oryginału: hiszpański
stron: 152
ocena ogólna: 5/6
ocena wciągnięcia: 5/6

Pierwsze spotkanie, pierwsze zapoznania. O Mendozie naczytałam się tyle, że mogłabym sama opowiedzieć o jakiejś jego powieści zupełnie jej nie czytając. Chwalą go wszyscy i coś w tym musi być, bo jego książka jest: lekka, przyjemna, zabawna, napisana z dystansem do ludzi, wypacza błędy, ukazuje pozytywy. W niekiedy ironiczny sposób wytyka nam błędy naszego życia. Powieść na tyle fascynująca, że warto po nią sięgnąć!

Na nową powieść tego hiszpańskiego pisarza skusiłam się po bardzo zachęcającej recenzji Skarletki. Nowa powieść, chociaż w Hiszpanii wydana już dwadzieścia lat temu, błyszczy humorem, żartem i nieskrywaną ironią do codziennych zasad życia na ziemi. Mimo, ze temat już znany to dla mnie nieznany od tej strony. Wypaczenia, jakie Mendoza pokazuje w książce wywołują salwy śmiechu u czytelnika. Autor zręcznie wprowadza do Barcelony dwóch kosmitów, jednego zagubionego – Gurba- i jego przyjaciela, który Gurba odnaleźć musi. W swoich poszukiwaniach Kosmita musi odnaleźć się na ziemi, chociaż czasami ta daje mu w kość. Jako kosmita o umyśle czysto matematycznym dziwią go nasze (banalne)metody, w niektórych sprawach. Mówiąc szerzej: Kosmita to rodzaj turysty, który zagubiony w odwiedzanym mieście musi sobie jakoś radzić. A Kosmita radzi sobie rewelacyjnie.

Kosmita kupuje narty i szusuje w nich latem po drogach Barcelony. […]Trafia na komisariat.

Podczas czytania tej powieści zastanawiałam się na jednym, czy to, co nam wydaję się normalnym, codziennym zachowaniem nie jest czasem dziwactwem? Każdy zaczyna dzień od jakiś odgórnie ustalonych czynności. Nie da się ich okrążyć, bo już weszły nam w krew.

Cudowna, niezwykłe wciągająca, przezabawna i urocza, ironiczna i absurdalna, ale szczera i pomysłowa. Świetna na upały i gorące lato, idealna na chwilę relaksu i poprawę humoru. Mendoza udowadnia, że wart jest swoich opinii.

„Ever”, Nöel Alyson

wydawnictwo: Dolnośląskie
język oryginału: angielski
stron: 304
ocena ogólna: 4/6
ocena wciągnięcia: 4,5/6

A mamusia uczyła, żeby nie oceniać książki po okładce. A na opowiadała. Okładka „Ever” jest dla mnie przepiękna, jest tajemnicza i magiczna, ma piękny chabrowy odcień(chociaż ja się na kolorach nie znam!). Po tak pięknej okładce (mimo, że widziałam ładniejsze) szykowałam się na niezwykłą, magiczną powieść. Otrzymałam magiczną, ale typową, zwykła powiastkę dla młodzieży. Rozczarowałam się. Nie za mocno, jednak nie mogę tego ukryć.

Niewątpliwym plusem tej powieści jest brak wampirów.

Autorki amerykańskie mają niewątpliwą zdolność do nadawania intelektualnego tonu swoim bohaterkom. O której bym nie czytała, zawsze jest w liceum i zawsze czytają „Wichrowe wzgórza”. Wiadomość, że przerabiają to w szkole nie doda mądrości bohaterce, naprawdę. Do tego dodajmy blond włosy, odstawanie od reszty, kaptur na głowie, słuchawki w uszach i mamy podobiznę Belli Swan. Zapiszmy jeszcze czytanie w myślach, widzenie zmarłej siostry. Autorki amerykańskie zdecydowanie maja tendencję do schematów. Ever (tu się autorce udało, ciekawe imię) to blond piękność, była cheerleaderka, od śmierci swojej rodziny mieszka u bliźniaczej siostry swojego taty. Porzucając swoje dawne życie Ever zmienia nie tylko image, ale zyskuję również nowe zdolności. Damen to przystojniak na przystojniakami, idealny w każdym calu, nowy w szkole, z super samochodem i po uszy zakochany w Ever. (I jak tu młodzież ma zachować zdrowy rozsądek, skoro wszystkie książki opiewają w idealnych bohaterów?) Jest też Heaven, gotka, najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki oraz przyjaciel gej, Miles. (Czyli typowy amerykański schemat: piękność ma dwójkę przyjaciół, szaloną przyjaciółkę i przyjaciela geja.)

Powieść ta nie opiewa w oryginalność, nie jest super kreatywna, jednak miło się ją czyta. Autorce udaje się wprowadzić moment zaskoczenia i kilka ciekawych nieścisłości. Końcówka zostawia wiele do życzenia i zachęca do dalszego czytania. Osobiście porównując „Ever” z innymi powieściami, uważam że jest warta przeczytania. Jest lepsza od wszystkich pseudo-wampirowskich powieści („Zmierzch”, „Pamiętniki wampirów”, „Naznaczona” itd.).

Nasuwa mi się tylko jedno pytanie, ile jeszcze może wyjść książek o takiej samej tematyce. Czyżby już zupełnie zapomniano, czym są prawa autorskie?

„Nowe przygody Mikołajka”, René Goscinny, Jean Jacques Sempe

wydawnictwo: Znak
język oryginału: francuski
stron: 640
ocena ogólna: 6/6
ocena wciągnięcia: 5/6

Będąc jeszcze latoroślą, czyli mając lat 11, kupiłam przyjaciółce tę powieść, która wtedy uwielbiała Mikołajka. Powieść ta wróciła ostatnio do mnie w postaci pożyczki i chociaż lat mam już 16 nadal wywołuje u mnie salwy śmiechu, ucząc przy tym trochę życia oczami dziecka.

Dorastając zbyt szybko zapomniałam, jak to jest być niczego nieświadomym, bezpośrednim, kochającym wszystko i wszystkich, wybaczającym również wszystko małym dzieckiem, które postrzega świat takim, jakim jest. Nie doszukując się dziury w całym. Mikołajek podobnie do Małego Księcia spostrzega świat bardzo przyjemnie i bezwstydnie odkrywa absurdy życia dorosłych. Czasami troszkę naiwny (jak to dziecko), zupełnie bezkonkurencyjny, wielkoduszny, sympatyczny, ciepły i uczynny Mikołajek podbija serca czytelników już od dobrych pięćdziesięciu lat chwytając nas za serca.

Nie pomijając faktu, że Mikołaj to urwis. Nie zawsze umyślnie, ale przeważnie wpada w niezłe tarapaty lub problemy. Zadziwiające, jak zmyślnie i łatwo z nich wychodzi. Zawsze szczere przeprasza. Nie można zapomnieć o częstych grymasach i wybrzydzeniach, o groźbach wyprowadzki czy śmierci. Jednak postać chłopca różni się od niewyparzonych buziek współczesnych dzieciaków, gdyż malec wie, kiedy żarty się kończą, kiedy nie należy (broń boże, pod żadnym względem) zaczynać takich gierek.

Sprawą, na jaką zwróciłam uwagę jest fakt, jak autor przekazuję swój pogląd na kontakt rodzic-dziecko. Można zaważyć, że Mikołaj jest nagradzany za dobre zachowanie, jest wychowywany w prawie konsekwentny sposób, często chodzi do kina (co działa na jego poziom wypowiedzi, spostrzegawczości i intelektu). Rodzice pomagają mu w lekcjach, stosują do niego lekkie, aczkolwiek stanowcze, a przede wszystkim bardzo pozytywne wychowanie. Mikołaj ma oparcie w rodzicach i widać na pierwszy rzut oka, że bardzo ich kocha. Taka relacja, jaką stworzyły Goscinny pokazuje, że można dobrze wychować dziecko, bez kar cielesnych. Można być wzorem dla dziecka, być i rodzicem, i przyjacielem. Nie zawsze idealnie się zachowujemy czy zauważamy dziecko. Ważne jest natomiast to, aby je chwalić i zauważać jego postępy w dziedzinach, którymi się interesuję. Trzeba od małego zaszczepić w dziecko pewność siebie, aby nie wyrosło na osobę tłamszoną przez całe towarzystwo. Grunt to odpowiednie wychowanie.

Oczywiście nie braknie tutaj stałych przyjaciół Mikołajka: Alcesta, to ten gruby, co zawsze dużo je. […] Alcest to dobry kumpel. Znamy się od małego […] Gotfryd, którego tata jest bardzo bogaty i kupuje mu różne stroje. Euzebiusz, który lubi się bić. Nie braknie pozostałych: Rufusa, Joachima, Kleofasa. Razem tworzą niezwykłą paczkę przyjaciół, gdzie każdy ma kawałek miejsca dla siebie. Jadwina, pierwsza miłość Mikołajka, pan Bledurt, Rosół. Wszyscy obecni.

„Nowe przygody Mikołajka” dostarczą czytelnikowi salw śmichu, przypomną dzieciństwo, zaczarują przygodami i wygłupami. Idealna książka na lato i nie tylko. Bez ograniczeń wiekowych.

„Pochwała macochy”, Vargas Llosa Mario

wydawnictwo: Znak
język oryginału: hiszpański
stron: 128
ocena ogólna: 4/6
ocena wciągnięcia: 3,5/6

Gdyby ta powieść nie była tak skandaliczna, jak jest, nie zostałaby zauważona.

Zapewne wydawcy umieszczając umyślnie, na tyle okładki, „Nie czytaj jej” wiedzieli, że to czytelnika zainteresuję podwójnie. „Nie czytajcie jej” ma dwa podłoża: jedno jako ostrzeżenie, przed tym co się tu kryję, a drugie by zwabić czytelnika. Przecież nie wydaliby czegoś, co sami nie chcieliby przeczytać, prawda?

Okładka jest wyuzdana i perwersyjna, już wtedy powinno się zdecydować, czy chcę się po tę książkę sięgnąć. Nie tylko okładka ma takie znaczenie, ale również treść. Treść, która jest amoralna i może wywoływać mdłości, jednak sprawia to tylko fakt, że jest taka realistyczna i nie owija w bawełnę. Pełne opisy codziennej higieny czy toalety, ablucje wieczorne czy kontakt fizyczny tytułowej macochy z pasierbem. Nie można o tym nie wspomnieć, bo na to składa się książka. Na opisy wzbudzające niekiedy wstręt, jednakże prawdziwe i realistyczne sytuacje nie powinny nas tak obrzydzać, prawda? To tylko dowodzi temu, jak małe mamy granice i jak niektóre tematy stają się tabu.

Urok tej powieści jest taki, że w tak małej treści autor tak mocno nas wzburza czy porusza. Niecodzienna, nietypowa, pruderyjna i grzeszna. Taka jest „Pochwała macochy”, która ani mnie zachwyciła, ani wzburzyła. Od taka powiastka, na jeden wieczór. Nie zachwyciła mnie, gdyż po takiej antyreklamie i przy takim oburzeniu, jakie wywołuję spodziewałam się czegoś więcej. Owszem, autor ma lekki i ciekawy styl pisania, ale (chociaż nie znam innych powieści) uważam, że to nie będzie jego najlepsza książka. Nasze spotkanie na tym się nie skończy, gdyż zamierzam sięgnąć po inne powieści i mam nadzieję, nie rozczarować się zbyt mocno. Na pewno „Pochwała macochy” nie jest dla ponuraków i konserwatystów. Z czysto-logicznej przyczyny: nie książka dla tych, którzy nie potrafiliby odnaleźć sensu w tych rubasznej historii. Historia mająca na celu nas zainteresować, ukrócić nasze tabu, trochę wzburzyć, a przede wszystkim zainteresować nie jest zdecydowanie dla konserwatystów.

Polecam dwie bardzo ciekawe recenzje, gdzie można odkryć rozbieżne zdania na ten temat: Moni oraz Matylda_Ab

„Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”, Schmitt Éric-Emmanuel

wydawnictwo: Znak
język oryginału: francuski
stron: 64
ocena ogólna: 5/6
ocena wciągnięcia: 5/6

Kiedy jest się małym dzieckiem, a tym bardziej małym chłopcem, zupełnie inaczej postrzega się otaczający świat. Świat pełen nienawiści, złości, obiekcji, uprzedzeń, zarówno świat pełen przyjemnych i ciekawych doznań. Nigdy nie wiadomo, kogo na swojej drodze się spotka.

Są książki, które wybieramy sobie do komunikacji miejskiej, na godzinkę w letni wieczór. Jednak „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” to nie jest powieść, którą przeczyta się w godzinkę i w następnej o niej zapomni. Mała objętość, a duża zawartość. Chociaż niewidoczna dla wszystkich. Wystarczy się tylko dobrze wsłuchać. Zapomnieć o bożym świecie. Poczuć szelest stron, zapach kartek, gwar rozmów.

Powieść ta kieruję przede wszystkim w stronę wyborów: ciężkich, łatwych, trudnych, prostych, ważnych i tych mniej. Jesteśmy kowalami swojego losu, sami podejmując każdą, nawet błahą, decyzję decydujemy o swojej przyszłości. Zapominamy, że możemy kierować swoim losem i być szczęśliwi nawet bez większego powodu. Wszakże szczęście nie zależy od spraw zewnętrznych a od wewnętrznych.* My jesteśmy szczęśliwi i otoczenie nie ma na to wpływu.

Serce człowieka jest jak ptak zamknięty w klatce ciała…

Główni bohaterowie: Pan Ibrahim i Mojżesz, zwany Momo. Pan Ibrahim to niemłody arab(nazywany tak ze względu na godziny otwarcia sklepu), miłośnik Koranu, człowiek uczciwy, pomocny i życzliwy. Mojżesz to już prawie dorosły chłopak pochodzący z rozbitego, żydowskiego domu. Jego matka dawno się wyprowadziła, a ojciec nie potrafi kochać własnego syna. Wymyśla brata Momo wytykając i porównując młodzieńca do owego chłopaka. Momo stracił po drodze resztki radości z życia, uważając, że uśmiech jest tylko dla bogaczy. Spotykając na swojej drodze Pana Ibrahima chłopak odkrywa, że uśmiech łata wszystkie złe rzeczy, życie wcale nie jest takie złe, a odrobina miłości może bardzo wpłynąć na drugiego człowieka.

– […] uśmiech […] jest dla ludzi szczęśliwych.
– I tu się mylisz. Bo właśnie uśmiech daje szczęście. […] Spróbuj się uśmiechnąć, to zobaczysz.

Schmitt pokazuje, że kiedy na naszej drodze poznajemy kogoś, kto potrafi się cieszyć życiem, niezależnie od tego, jakie jest, warto zaryzykować i uczyć się od tego człowieka.

Wspaniała, czarująca i mądra powieść. Warto odkryć sens życia, cieszyć się nim i czerpać z niego przyjemność. Tym krótki utworem autor ponownie zmusza do myślenia, czasami warto zatrzymać się w biegu i pomyśleć nad pewnymi sprawami. Wskaże temat szczęścia i życia omijamy bardzo szerokim łukiem. Potrzebujemy silnego wstrząsu, aby zacząć zauważać każdy kolejny dzień, każdy cud w postaci nowego dnia. Zakładając, że jutro musi nastąpić, zapominany jak ważne jest dzisiaj. Dopiero Jutro pokazuję nam, jak dobrze było Dzisiaj.

* „Wszakże szczęście nie zależy od spraw zewnętrznych a od wewnętrznych.” – teoria z „Wokini” Sparksa Nicholasa

„Małe zbrodnie małżeńskie”, Schmitt Éric-Emmanuel

wydawnictwo: Znak
język oryginału: francuski
stron: 100
ocena ogólna: 5/6
ocena wciągnięcia: 5/6

Są takie powieści i tacy autorzy, że sięgamy po ich książki bez podglądania okładki. Czytamy je, bo czujemy się lepiej, czujemy się dobrze i w pełni dociera do nas to, co przekazuję autor. „Małe zbrodnie małżeńskie” to utwór idealny na ten letni skwar jaki mam za oknem. Jednak nie szykujcie się na leciutką i milutką powiastkę, gdzie nie trzeba się wysilać. O nie! To cudownie zmuszająca do myślenia opowieść, nie wymagająca zbyt dużo, a zarazem zbyt mało.

Pan Schmitt zauroczył mnie „Oskarem i Panią Różą” i grzechem byłoby porównywać te dwie powiastki do siebie, gdyż są tak różne, a tak bliskie. Tak poruszające i tak wzruszające. Zachowując swój styl autor umieścił zupełnie nową, równie ciekawą, historię w Małych zbrodniach małżeńskich. Można by przypuszczać, że nawet nie porównując, powieść ta może wypaść słabiej od innych tego autora, Schmitt burzy nasze domniemania przedstawiając zarówno dialog między kochankami, a równie dobrze monolog do nas samych, abyśmy odkryli kawałek siebie na nowo.

„Mieć” zaufanie. Nigdy się nie „ma” zaufania. Zaufanie to nie jest coś, co się posiada. To coś, czym się obdarza. „Darzy się” zaufaniem.

Co to znaczy „mieć” zaufanie? Co to znaczy „kochać”? Co oznacza miłość, a co pożądanie? Schmitt pokazuje, że miłość ma różne oblicza, ale zawsze schodzi do jednego punktu – pożądania. Aby doznać miłości, trzeba zaufać. Cóż daje miłość bez zaufania? Nadal kochamy, nadal ta osoba tkwi w nas, jest naszym odbiciem i nie można żyć oddzielnie. I do czego potrzebne zaufanie? Zaufać to też pokochać. Nie można kochać nie ufając drugiej osobie, że ona też nas kocha. Nie można kochać nie ufając drugiej osobie, że bezpiecznie, razem wyrusza się w nieznane. Zaufać to znaczy kochać. Kochać to znaczy zaufać. Autor pokazuję, że miłość nie ma szansy bez zaufania, pożądania i pogodzenia się z niepewnościami. Miłość przypomina nieznany rejs. Czasami brzmi banalnie jeśli racjonalnie na to spojrzeć. Rzucić się w wir miłości, płynąć w nieznane? Metafora ta ma różne znaczenie, dla każdego z nas inne. Zapewne „płynąć” i „rzucić się”, nawet w metaforyczny sposób, mają nas zmusić do działania. Co dzień dostajemy szansę na nowe, lepsze życie. Co dzień albo ją tracimy, albo z niej korzystamy. I bez względu na wszystko warto zawalczyć o lepszy dzień dla siebie.

Pod pazuchą dialogów małżeńskich ukryty jest większy sens, który odkrywa się z nieukrywaną radością. Chociaż na początku skupiamy się na tym, dlaczego Gilles miał wypadek i co tak naprawdę się stało. Dopiero później odkrywamy, że sens metaforyczny jest zdecydowanie ważniejszy i głębszy, niż nam się wydaję. Punkt filozoficzny w tym dramacie skupia się nie tylko na miłości, ale także małżeństwie. Czy taka instytucja opłaca się? Małżeństwo, gdzie intrygi, kłamstwa, knucia mają światło dzienne. Miłość, ta nasza leniwa miłość, którą opuszczamy z braku czasu, lenistwa. Zaniedbana, brudna, odepchnięta. Codzienna rutyna zabiją nie tylko nas, ale również te dwa punkty. Wychodząc z założenia, że to się nie opłaca, sami robimy sobie pod górkę. Zaniedbując istotne sprawy skazujemy się na życie, ale nie usłane różami. Życie, którego ani trochę nie przeżywamy. Wskaże nie samą miłością żyję, ale rutyna zabija wszystko po drodze, nie patrząc, czym akurat się trawi.

Kobiety stawiają czoło problemom, ale najczęściej myślą, że to one same stanowią problem, że spadek napięcia w związku wiąże się ze spadkiem ich atrakcyjności, czują się odpowiedzialne, winne, sprowadzają wszystko do siebie.

Inną sprawą są kobiety, które obwiniają się za wszystko. Czasami same nie zdają sobie sprawy z tego, że niszczą siebie i innych na około. Zaczynają wierzyć w swój brak atrakcyjności, opuszczają się w dbaniu o wygląd i tyją. Wyobrażając sobie, że będąc brzydką, idąc ulicą z partnerem, udowadniają sobie, że mimo wszystko on nadal z nią jest. Prawda jest taka, że z psychologicznego punktu kobieta takim zachowaniem doprowadza do rozpadu związku. To tyczy się również mężczyzn. Będąc z kimś przyzwyczajamy się do tego, że ten ktoś jest zdobyty. Przestajemy się starać, większość rzeczy zaczyna nam zwisać, nie akceptujemy drobnostek i słabostek partnera/ki.

Mężczyźni to tchórze, nie chcą widzieć problemów, chcą wierzyć, że wszystko jest dobrze.

Scmitt pokazuje po raz kolejny, że potrafi pisać, potrafi zauroczyć, zahipnotyzować i zachęcić do swojej książki. Dramat „Małe zbrodnie małżeńskie” jest przykładem jego czystości i świeżości umysłu na codzienne sprawy, na które tak często nie zwracamy uwagi. Polecam każdemu, kto ma ochotę spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy. Wskaże perspektywa ma znaczenie.

„Wesele Zajna”, Salih At-Tajjib

wydawnictwo: Smak Słowa
język oryginału: arabski
stron: 95
ocena ogólna: 5/6
ocena wciągnięcia: 4,5/6

Ile razy nie czytałabym o kulturze muzułmańskiej, tyle razy zaskoczy mnie ona jakimiś nowymi obrzędami, tradycjami czy zachowaniem. Ile błędów i stereotypów zmieniam czytając takie powieści. Dla nas, europejczyków, każdy arab wygląda tak samo, każde nazwisko jest takie same, a każdy obrzęd jest zbliżony do poprzedniego. Stereotypy, stereotypy i jeszcze raz stereotypy. Raniące, krzywdzące i niesłuszne. Jak niewiele wiemy o innych kulturach pokazują chociażby takie powieści. Jak małe mamy rozumy, jaką ciasnotę umysłową preferujemy. Zamykamy się na każdą nowość budzącą w nas lęk przed nieznanym. „Wesele Zajna” uzmysłowiło mi, w jakiej ciasnocie żyje i jak błędne założenia daję. To zupełnie tak, jakbym nadawała każdemu muzułmaninowi na imię Burek lub Azor. A to jest bardzo krzywdzące.

„Wesele Zajna” to krótka, niezwykłe barwna opowieść o sudańskim życiu, tradycjach i przyzwyczajeniach. Chaotyczna struktura z jednym wspólnym wątkiem – weselem. Przedstawiająca codzienne (niecodzienne dla nas) życie w pewnej wiosce oraz zdania na temat ożenku Zajna. Wszystkie rozmowy, sugestie i doniesienia zbiegają się właśnie do tego jednego punktu. Ujawniająca co nieco życia ludzi w takiej wiosce oraz nad wyraz ciekawe zwyczaje panujące w tej małej sudańskiej wiosce przybliżają nam chociaż na klika chwil życie miasteczka i jego mieszkańców.

Każdy z przedstawionych w książce bohaterów ma swoje zdania i na temat ożenku, i na temat Zajna. Zajn to chłopak bardzo wesoły, nadpobudliwy, zarazem wielkoduszny, szczodry, naiwny i uprzejmy. Nie grzeszy urodą, jest wręcz odpychający, ale mimo to ma wielką pogodę ducha, którą zaraża innych odmieńców. Między innymi to przyciąga ludzi do tego chłopaka: prostolinijność i dobroduszność. Moją osobę wzbudził podziw, kiedy czytałam o pomocy, jaką niesie odmieńcom, przyjaźniąc się z nimi, pomagając. Ukazując w ten sposób bohatera autor zwraca uwagę, że nikt nie jest szalony. Są ludzie różni i różniści, i bez wzgledu na to, co im dolega warto dać im trochę promieni słońca. Wyciągnąć dłoń.

Zajna łączyła przyjaźń z wieloma osobami tego rodzaju. Ludzie z wioski nazywali ich odmieńcami. Należała do nich głucha Aszmana, kulawy Musa, szpetny Bachit, który urodził się bez górnej wargi i ze sparaliżowaną lewą stroną ciała. Zajn litował się nad nimi. (…) Mieszkańcy wioski patrzyli na uczynki Zajna i ich podziw dla niego wzrastał. Może to nowy prorok Al-Chidr, myśleli, a może anioł, którego Bóg zesłał na ten ludzki padół, aby przypomnieć jego sługom, że wielkie serce może bić nawet w zapadniętej piersi i śmiesznej posturze.

Na koniec cytat (bardzo ciekawy i ważny) z przedmowy prof. Jolanty Kozłowskiej:

o literaturze sudańskiej wiemy niewiele, z kilku artykułów, znanych tylko arabistom, które ukazały się w czasopismach o profilu orientalnym, dowiadujemy się, że jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku dominowała w Sudanie literatura ustna. (…) W latach czterdziestych i pięćdziesiątych zaczęły się ukazywać, głównie w czasopismach, pierwsze opowiadania o charakterze wspomnieniowym, biograficznym, proste, żeby nie powiedzieć prymitywne. I oto w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia na tej prawie jałowej ziemi literackiej pojawia się grupa pisarzy, którzy od razu zyskują rozgłos w świecie arabskim.

Jak widać, dla nas niemożność pisania była nie do przeżycia, ganiono i wyśmiewano analfabetów, a sztuka pisania była bardzo ceniona w towarzystwie. Zaś w Sudanie do szczęścia nie było potrzebne pismo. Z jednej strony wielka szkoda, bo tyle wspaniałych opowieści zapewne się nie uchowało, a z drugiej strony ludzie żyli i mieli się dobrze. Więcej ze sobą rozmawiano, więcej dyskutowano, ludzie żyli ze sobą, a nie osobno. Dzisiaj czasami nie wiemy kto nas otacza, a co dopiero wiedzieć jak nazywają się sąsiedzi.

”Skrzynka mejlowa Holly”, Denham Holly

wydawnictwo: Prószyński i S-ka
język oryginału: angielski
stron: 680
ocena ogólna: 5/6
ocena wciągnięcia: 5,5/6

Holly to brytyjska koleżanka Bridget Jones, która zawsze ma pełno kłopotów, problemy z nadwagą, posiada jedną, najlepszą przyjaciółkę – wariatkę i przyjaciela, geja, który zawsze służy radą. Kto by nie chciał przeczytać lekkiej, przyjemnej powieści w postaci maili? Maili zabawnych, wzruszających, miejscami rozczulających, zaskakujących i przykrych, a przede wszystkim szokujących. Czytanie cudzej skrzynki mejlowej nie jest zbyt grzeczne, jednak jeśli jest ona udostępniona publicznie, to czemu by nie spróbować? Zwłaszcza, że to skrzynka Holly Denham. Brytyjskiej odpowiedniczki Bridget Jones.

Chociaż Holly odbiega od znanej Bridget, osobiście uważam, że niczego jej nie brakuję. Jest miła, szczera, pomocna i ufna. Idzie przez życie z zupełnym brakiem siebie, przez co czasami słono płaci. Przykład Holly, recepcjonistki z Londynu, to trochę przykład dzisiejszych kobiet. Niepewnych siebie, załamanych, bojących się zaryzykować kobiet, które zawsze obwiniają siebie o rozpad związków z mężczyznami. Książka ta otwiera oczy na to, jak kobiety dają się traktować, jak mężczyźni próbują je manipulować, jak ważne jest, aby w życiu robić to, na co ma się ochotę, a przede wszystkim: jak ważne jest mieć prawdziwych przyjaciół. I chociażby Holly była najpopularniejszą kobietą na świecie nie zniosłaby porażek i upadków bez swoich przyjaciół.

Na ogół problemy nie są tu wytykane. Aby dojrzeć sedno kłopotów trzeba zajrzeć wgłąb maili, które poniekąd są lekkie, a nawet płytkie, jednak czy można oceniać życie kogoś na podstawie maili? Autorka wykonała duży skok na głęboką wodę, co bardzo jej się chwali. Nie lada odwagą było opublikowanie własny maili, które chcąc nie chcąc zawierają spory kawałek naszego życia i charakteru. Patrząc przez te maile poznajemy szarą myszkę Holly, która pod maską okazuję się przebojową i sympatyczną dziewczyną. I jak zawsze powtarzam: pozory mylą. Nie ważne, jak się wygląda, jak się ubiera. Bohaterka zaznała trochę jadu w życiu i z powodu figury, i z powodu pracy. Jednak ważne jest, aby odnaleźć siebie w tym zgiełku kopiowania osobowości, aby zabłysnąć własnym, niepowtarzalnym ja.

Polecam na ten właśnie okres(letni), jako wspaniałą odskocznie. Zachęcam do głębszego spojrzenia na siebie, ale nie w krytyczny sposób, tylko spróbować odnaleźć siebie. Prawdziwego siebie. A przede wszystkim polecam jako miłą, sympatyczną i lekką powiastkę, która wzruszy, rozbawi a miejscami zdenerwuję.

„Polowanie na matkę”, Stout Rex

wydawnictwo: Tenten
język oryginału: angielski
stron: 188
ocena ogólna: 4,5/6
ocena wciągnięcia: 4,5/6

Nie sądziłam, że powieść detektywistyczna może mi się tak spodobać, a tym bardziej, że dotrwam do jej końca. „Polowanie na matkę” dostarczyło mi ciekawego spojrzenia na detektywów oraz na powieści z nimi w roli głównej. I chociaż książka ta jest zaliczana do krymianłu/sensacji/thillera sądzę, że lepiej nadawałaby się jako zwykła powiastka detektywistyczna.

Pod postacią zwykłego śledztwa autor umieścił nie lada sprawę. Zaczynamy od poszukiwania matki podrzuconego dziecka, a kończymy na mordercy, który utrudniał poszukiwania mordując i świadka, i matkę dziecka. Nie jesteśmy w stanie sami znaleźć zabójcy, bo najzwyczajniej w świecie mamy za mało danych. Chociaż niektórzy wyćwiczeni są już przy innych powieściach (np. Dan Brown), jednak to w powieściach detektywistycznych jest irytujące. Mimo genialnego pomysłu i cudem odnalezionego sprawcy, detektyw porusza się intuicją a mniej dowodami. Autor przedstawiając tak mało szczegółów i poszlak zmusił nas do zdania się na detektywa – Nero Wolf – który samym przysłowiowym nosem znajdzie sprawcę. Nic tu dla maniaków odkrywania tajemnic.

Mimo braku poszlak i miejscami „martwych punktów” w śledztwie morderca odnajduję się. Mimo 188 stron książka ta jest bardzo ciekawa i wciągająca, a braki w poszlakach tylko zmuszają nas do głębszego myślenia. Chociaż za nic w świecie nie jesteśmy w stanie do końca odgadnąć z jakiego powodu morderca zabił, z uśmiechem na twarzy możemy wskazać samego mordercę. Co ciekawe taki sposób prowadzenia akcji, może irytować, ale wzbudza nasze zainteresowanie. Czyli jednym słowem: autor wiedział, co robił.

Ciekawie napisana, mile wciąga, buduję lekkie napięcie a przede wszystkim czaruję czasami, w których akcja się dzieję. Czasami, gdzie wystarczyła lupa i kilku ludzi, aby odkryć tajemnicę. Chociaż tu lupa jest unowocześniona. Mimo to klimat został zachowany. Lekka, przyjemna powiastka na letnie czy zimowe wieczory. Doskonała zabawa w detektywa, którym nie każdy potrafi być.

„Duma i uprzedzenie/Pride & Prejudice” (2005), reż. Joe Wright

Ekranizacje na pozór powinny idealnie odzwierciedlać powieść zachowując jej walory w postaci treści. Zmiany w treści wywołują oburzenie lub niezadowolenie, a nasza ocena idzie w dół. Hipokryzją będzie teraz to, co powiem, iż wierna ekranizacja „Dumy i uprzedzenia” była denerwująca w swoim braku idei, wizji reżysera. Zabrakło mi polotu w realizacji własnych pomysłów, dodania czegoś od siebie. I chociaż dostałam to, czego oczekiwałam, czuję się niemile nieusatysfakcjonowana tym, co otrzymałam.

„Duma i uprzedzenie” (jedna z trzech przeczytanych przeze mnie powieści Jane) to dla mnie cudowna powieść miłosna, dlatego bardzo surowo oceniałam film. Oglądany z samego rana zapoczątkował miły, ciepły poranek nie wymagając żadnego wysiłku intelektualnego, bawiąc i smucąc zarazem. W związku z historią, tak oddaną powieści, a tak mało odmiennej, dającej pole popisu dla reżysera, nijak mogę ocenić ten film. Brak własnego zaangażowania w film zaskoczył mnie zupełnie. Przeważnie reżyserzy kombinują jak słonie pod górkę, przez co budzą naszą irytację, jednak teraz moją irytację budził brak chociażby jednej kombinacji. Bawiąc się ekranizacją tak pięknych czasów autor miał dużo do zrobienia – nastrój, język, stroje, obyczaje – wszystko, co składało się na odczucia tych czasów w należyty sposób. I udało się. Cudownie było poczuć się jak w XIX wieku. Wspaniale było móc oglądać stroje, domostwa czy bale. Jednak to wszystko nie załatało mojego rozczarowania.

„Duma i uprzedzenie” to piękna historia, która została zekranizowana w cudownie oddający nastrój sposób. Dobrze odegrane role Pana Darcy’ego(Matthew Macfadyen) i Elizabeth Bennet (Keira Knightley), aktorzy w ciekawie zinterpretowali i przedstawili te dwie postacie. Zasługująca na wzmiankę Brenda Blethyn, jako wszechobecna, krzykliwa i wpychająca we wszystko nos, matka, cudownie odegrała swoją rolę. Ciepły i sympatyczny film dla każdego, kto lubi historie Jane Austen lub miłe dla ucha historie miłosne.

Ocena ogólna: 7/10
Do malowniczego Netherfield przybywa przystojny i bogaty Charles Bingley z zamiarem osiedlenia się tam na stałe. Przybysz wzbudza żywe zainteresowanie lokalnej społeczności, zwłaszcza niezamożnych panien na wydaniu. Na zawarciu bliższej znajomości z nowym sąsiadem zależy szczególnie pani Bennet, matce pięciu dorosłych córek, których jedyną szansą na dostatnie życie jest bogate zamążpójście.

„Incepcja/Inception” (2010), reż. Christopher Nolan

W tym roku zakochana bez pamięci w filmie byłam raz, był to styczeń, kiedy do kin wszedł „Avatar”. Od tamtej pory dużo było filmów, które mnie zachwyciły, ale nie pokochałam ich na zabój. Z „Incepcją” jest zupełnie inaczej. Ten film wciągnął mnie do swojego świata zaczarowując moją wyobraźnię, dając mi rzeczywistości i iluzję zarazem. Dał mi możliwość wyboru, w co chcę wierzyć. Czy na pewno to, w co wierzę jest słuszne? Czy świat otaczający mnie jest prawdziwy? Może żyję w cieniu własnej iluzji, myśląc, że to, co robię jest słuszne i prawdziwe.

„Incepcja” jest nietuzinkową, niebanalną i oryginalną historią, która wciąga od pierwszych minut filmu, do końca ponad dwugodzinnego seansu. Będąc samą w sobie czarującą i niezwykle ciekawą opowiada zupełnie niepowtarzalną i kreatywną historię. Historia ta będąca podstawą całego filmu jest iluzją pewnych sekwencji podświadomości. Bawiąc się naszym umysłem, opowiadając o sztuczkach i zagraniach włamywaczy do podświadomości uczymy się, jak się bronić i jak uwierzyć w jedną, prawdziwą rzeczywistość. A zatracić się nie jest trudno. W tak bajkowym świecie, gdzie ani czas, ani grawitacja nie stoją na przeszkodzie. Jest to zarówno świat niebezpieczny i nie pewny, gdy straci się granicę między zatraceniem a prawdziwym światem, jest się zgubionym. Uzależniając się od podróży tracimy wiarę w to, co jest realne.

Gra aktorska z prawdziwego zdarzenia. Listę osób, które zagrały rewelacyjnie można by wymieniać i wymieniać. Na dużą wzmiankę zasługuję Ellen Page, która już w „Juno” pokazała, że umie grać, jednak teraz możemy poznać jej prawdziwy talent. Osobiście uważam, że jest jedną z dobrze zapowiadających się aktorek. Genialna ekipa Dom’a, czyli Eames(Tom Hardy) oraz Arthur(Joseph Gordon-Levitt) i sam Dom(Leonardo DiCaprio).

Warta wzmianki jest też muzyka, która dodaje dreszczy, napięcia i hipnotyzuję. Wspaniałe utwory Hans’a Zimmera są idealnym dopełnieniem całego filmu.

Niesamowita muzyka, świetne efekty, idealnie odegrane role, świetnie dobrani aktorzy, kreatywna historia oraz sny, tak ulotne, a jednak tak prawdziwe. Budując stopniowo napięcie oraz akcję, na której widz musi mocno się skupić, aby odróżnić co jest prawdą, a co iluzją. Reżyser stworzył film, który trawa i krótko, i długo. Stworzywszy go tak, aby nie można było się oderwać dał nam szansę na własną ocenę i wnioski. Dając nam tak mało, a zarazem tak dużo czasu, by połapać się w głównym przesłaniu oraz w tych mniej ważnych.

Pozostaje tylko iść samemu do kina i przekonać się czy wiemy, kiedy rzeczywistość przeplata się z iluzją. Wyciągnąć własne, niepowtarzalne wnioski.

Ocena ogólna: 9/10
„Incepcja” to film opowiadający o możliwościach ingerowania w ludzki umysł dzięki zaawansowanej technologii. Głównym bohaterem filmu jest Cobb (Leonardo DiCaprio), który jest szefem zespołu specjalizującego się w dokonywaniu podróży do umysłów innych osób. Dzięki tej możliwości może zarówno pozyskiwać informacje, jak i wprowadzać nowe dane.

„Coś pożyczonego”, Giffin Emily

wydawnictwo: Otwarte
język oryginału: angielski
stron: 400
ocena ogólna: 4,5/6
ocena wciągnięcia: 5/6

Potrzebowałam lekkiego, troszkę ogłupiającego czytadła, które odrobinę pouczy, zmusi do zastanowienia oraz lekkością stylu nie wymaga ode mnie dużej ilości skupienia. „Coś pożyczonego” to strzał w dziesiątkę. Lekka, przyjemna, mocno amerykańska powieść, w której główna bohaterka – Rachel, boryka się z problemem wyboru albo miłości życia, albo przyjaźń z dzieciństwa. Nie wygrywa tutaj żadne hasło na temat przyjaźni ważniejszej od mężczyzny. Obie, i Darcy, i Rachel rywalizują ze sobą, chociaż ta druga nie jest tego świadoma. Zawsze najlepsza Darcy pierwszy raz z życiu spadnie z piedestału, strącona przez swoją najlepszą przyjaciółkę.

Problem, z jakim boryka się Rachel, jest tutaj tak przedstawiony, że sami możemy ocenić jej postępowanie. I chociaż tego występku nie można usprawiedliwić to jednak myśli dręczące Rachel oraz jej przeżycia osobiste związane z tą zdradą otwierają zupełnie inne spojrzenia na sprawę i chcąc, nie chcąc zaczynam jej współczuć. Trzeba wiedzieć, że Rachel nie jest typową, amerykańską bohaterką, która od niechcenia idzie z narzeczonym przyjaciółki do łóżka. To kobieta z zasadami, będąca przykładem osoby prawej i szalenie oddanej przyjaciołom. Zawsze dostosowując się do Darcy zapominała o sobie, odmawiając sobie przyjemności z życia nie chcąc konkurować z przyjaciółką. Wiedzieć trzeba też, że Darcy to osoba bardzo samolubna i zakochana w sobie, uważająca, że zawsze wszystko jej się należy. Jest pięknością, za którą obracają się wszystkie głowy i zawsze dopisuję jej szczęście. Po co to mówię? Aby przedstawić mniej więcej zarys tych dwóch postaci, tak skrajnie od siebie różnych. Rachel bardzo przeżywa ten występek, boi się miłości i odpycha ją, aby tylko nie zranić przyjaciółki, zaś ta nie ma żadnych skrupułów w zdradzaniu narzeczonego.

Problem jest o tyle nieciekawy, że ciężko stanąć po którejś stornie. Zdrada jest tu tematem głównym, ale nie braknie tutaj przeżyć wewnętrznych, poniewierania ludźmi, przeświadczeń o własnej lepszości.

Giffin serwuje nam typową, amerykańską powiastkę, która może, choć nie musi, zawierać jakieś przesłanie. I chociaż całość powieści tworzy banalna historyjka, to jednak złożoność relacji międzyludzkich, które do tego doprowadzają jest warta uwagi. Chociażby dla tego momentu warto przeczytać tę powieść, aby móc ocenić samemu postępowanie Rachel czy Darcy.